1500

Waaaaaaaaaah! 。゚┌(゚´Д`゚)┘゚。 Tak, bez sensu wszystko i w ogóle - nie ma czasu na pisanie ani na nic :T Ten tytuł w sumie też jest bez sensu, ale ma powód bycia właśnie takim a nie innym - istnieje sobie pewien serwer Discord zwący się "Kanałem Informacyjnym", na którym co tydzień w poniedziałek władczynie ów serwera robią wyzwania: dostajesz losowo ilość słów, miejsce akcji, zabronione słowa, wymagane słowa i inne takie i ułóż potem z tego jakiś tekst. Mi powstało z tego takie coś jak widać. Tekst wyszedł całkowicie bez sensu, więc postanowiłam nazwać go najtrudniejszą z otrzymanych wytycznych: tekst miał mieć równo 1500 słów - no i ma! I stąd też tytuł.

Tak, wszyscy bohaterowie są z uniwersum Naruto, ale powodzenia w zgadnięciu kto to w ogóle >->


- Waaaaaaaaaah! - wrzasnęłam, wstając na równe nogi i rozejrzałam się wokoło. Coś tu było nie tak. Cholernie bardzo nie tak!


- Co robisz na mojej bezludnej wyspie? - zapytał jakiś przystojny koleś dzierżący w dłoniach czarny garnek.


- Ja bym chciała najpierw wiedzieć kim w ogóle jestem a potem mogę się zastanawiać, co tutaj robię! - prychnęłam na przystojnego kolesia, zakręcając wokół palca swój przydługi kucyk.


- To w tym nie pomogę - podrapał się po magentowym kombinezonie facet - A może ty mogłabyś pomóc mi z szukaniem moich zwierząt?


- Twoich zwierząt? - zapytałam, rozglądając się po niedużej wysepce - Nie pomyliłeś facet wyspy czy coś? Poza sterczącą na środku palmą nic tutaj nie ma! Nawet gdyby coś chciało się tu schować to nie ma gdzie! No chyba, że hodujesz mrówki czy coś…


- Nie. Mam lisa, kota i psa. Zwykle gdzieś tutaj się bawią.


Spojrzałam na przyświecające wściekle słońce, a potem na skrzący się bielą piasek. Całkiem ciepło, może facetowi przygrzało trochę za bardzo…


- Dobra, przystojniaku z garnkiem!! Mów jaki masz plan na znalezienie tych zwierząt!


- Myślę, że mogą chować się za palmą - zastanowił się facet - Tak, to bardzo możliwe, że mogą tam być.


- No to chodźmy poszukać za palmą! - wykrzyknęłam dziarsko, ruszając energicznym marszem w stronę palmy - Poszukajmy za palmą, za którą nic nie ma, ha ha!


Gość chwilę podrapał się po lśniącołysej głowie, po czym założył swój garnek i, wzruszając ramionami, ruszył w pewnym odstępie za mną. Nie podobało mi się spojrzenie, którym mnie niepewnie obdarzył.


- Czego się na mnie tak gapisz, co? - fuknęłam na faceta - Mam coś na twarzy? A może myślisz, że coś ze mną nie tak, co?!


- Nie, nie, w żadnym razie! - zamachał rękoma, uciekając oczami całkiem w bok - Po prostu zachowujesz się dość nietypowo…


- Haa? Nietypowo? - zmrużyłam oczy - Że niby nienormalnie, co?!


- Nie, nie! - właściwie skulił się w sobie - Przepraszam.


Przewróciłam oczami. Gość był przystojny, ale z charakteru był w ogóle nie do rzeczy. Zamiast się ze mną jak człowiek pokłócić to wycofywał się i przepraszał.

 

- Ta?! A za co niby przepraszasz?! - nachmurzyłam się, ale nagle obok nogi mignęła mi złota plama. Pisnęłam z zaskoczenia, skacząc na jedyne dające choć wrażenie bezpieczeństwa miejsce, czyli palmę. Spróbowałam wejść odrobinę wyżej na pomarszczony pień, ale oczywiście zupełnie nie umiałam się wspinać. Ki czort tak się znikąd pojawia?!


- Chłopaki! - usłyszałam za sobą ucieszony głos gościa w garnku i spojrzałam na niego spod byka. Wokół jego nóg przechadzał się lis o pięknym, złocistym futrze. A więc to on tak przemknął prawie wywołując zawał mego biednego serca! Po chwili dołączył do niego i brunatny zwierz ze śmiesznie nastroszoną sierścią.


- To pies? - zapytałam zsuwając się z palmy, a facet skinął głową - Dziwny. A kot gdzie?


- Gdzieś się zawieruszył po drodze - machnął łapą pies - I wcale nie jestem dziwny!


- Uczesałbyś te kłaki to może i byś nie był - rozłożyłam ręce - Dbaj o siebie, ziom!


- Szkoda na to czasu, chwila w biegu i po czesaniu - potrząsnął łbem na boki - Taka już moja uroda, okej?


- Paskudna ta uroda - skrytykowałam.


- Dattebayo - dodał nie wiedzieć po co lis.


Po tym komentarzu pies najwyraźniej się na mnie obraził, zaś facet w garnku czochrał jasne futro lisa jeszcze przez dobrą chwilę.


- A wy co tak cicho siedzicie? - zapytał, kiedy ogarnął, że razem z psem nie odezwaliśmy się od dobrych kilku minut. Lis zaskomlał zawiedziony nagłym brakiem pieszczot.


- Ta wypindrzona blondi mnie obraża - wytłumaczył uprzejmie pies.


- Wypindrzona?! - złapałam wredne bydle za kark i uniosłam na ile miałam sił w górę - Wypindrzona?!


- Głuchaś? - wyszczerzył zębiska - Na twoim miejscu bym puścił, bo raz kłapnę paszczą i tyle po tobie zostanie - zagroził.


- Najmniejszy pies najgłośniej szczeka - odparowałam, ale puściłam jego ciężkie cielsko. Pies warknął opadając na ziemię. Szybko pochwyciły go zapobiegliwe ręce kolesia w garnku.


- Ty może lepiej chodź ze mną - podniósł go, kładąc na sobie.


- Zamierzasz mnie tak teraz nieść? - fuknął pies - Nie jest to wygodne!


Uśmiechnęłam się wrednie do narzekającego futrzaka, na co tylko odsłonił znów zęby. Bardzo mu tak dobrze!


Prawie znowu podskoczyłam, gdy poczułam, że coś opłata mi się wokół nogi.


- Kami-sama i wszyscy święci w niebie! - westchnęłam - Wystraszyłeś mnie, lisku!


- Dattebayo! - odkrzyknął złocisty zwierzak, goniąc swoje cztery puszyste ogonki pomiędzy moimi nogami i smelając mnie futerkiem po łydkach.


- Chcesz na ręce? - zapytałam, niepewna czego może ode mnie oczekiwać ten złotofutry goniec.


- Dattebayo!


- Ech - podniosłam go do góry; był znacznie lżejszy niż ten wredny pchlarz - Uznajmy, że tak. Nie potrafisz powiedzieć niczego innego?


- Dattebayo!


Skrzywiłam się, wkładając palce w jego jasne futro i lekko je gładząc. Było bardzo miękkie w dotyku. Chyba na konwersację z liskiem nie było co liczyć. Dziwak… ale może to i lepiej gadać w kółko jedno słowo niż być takim wrednym sierściuchem jak niesiony przez gościa w garnku pies?


- I tak po prostu go zostawiliście?! - dało się słyszeć podniesiony głos faceta przed nami. Odkąd porwał psa na ręce, zaciekle o czymś z nim dyskutował. Chyba dyskusja przeszła właśnie w kłótnie. Uups, nie żeby było mi choć trochę szkoda tego pchlarza.


- Chodzi o naszego kotka? - zaciekawiłam się, przyspieszając kroku - Co mu zrobiłeś, wredny sierściuchu?


- Zjadłem - prychnął.


- Nawet tak nie żartuj! - zdenerwował się gość w garnku - Musimy go znaleźć! Jak można być tak nieodpowiedzialnym…


- Ha ha! - naraz pojawił się przed nami czarny kot.


- O! To wasza zguba? - zapytałam, zbliżając się do zwierzaka. Lisek w moich ramionach najeżył sierść i wydał z siebie dziwny dźwięk będący ni to syknięciem ni to warknięciem.


- Obudź się w rzeczywistości! - krzyknął, wskazując na mnie swoją uroczą łapką - Tylko rzeczywisty świat pozwoli doświadczyć ci bólu, strachu i niechęci!


- O, dobry Kami! Jaki ty jesteś rozkoszny! - puściłam liska na ziemię i sięgnęłam ku czarnej piękności.


- Nie! - krzyknął koleś w garnku, ale było już za późno. Moją twarz zdążyły już przeciąć kilkanaście razy wściekłe pazury, zostawiając za sobą krwawe ślady.


- Ty… ty…


- Żałosny człowieku! - zagrzmiał kot, z gracją zeskakując na ziemię - Na tamtym świecie nigdy nie będzie równości! Tylko ten, kto w swych pazurkach…


Kot nie zdołał dokończyć, gdyż rzuciłam się na niego z krzykiem, przyszpilając go do ziemi.


- I co? Nadal masz tyle do powiedzenia? - zapytałam mściwie.


- Ha… Możesz próbować. Nadaremnie - wykrzywił w pogardliwym wyrazie pyszczek i zniknął w chmurze dymu. Przeklęłam pod nosem.


- Kage Bunshin no Jutsu - usłyszałam za sobą głos tego czarnego wypłosza.


- Zaraz moja pięść zademonstruje ci Tysiąc Lat w Szpitalu no Jutsu! - odwróciłam się z furią. Zwierzak siedział sobie z niewzruszonym pyskiem, wbijając we mnie swoje kocie oczy.


- Pokażę ci namiastkę rozpaczy, którą spotkać możesz w rzeczywistym świecie! - zapowiedział przerażająco, a wokół pojawiło się kilka kartonowych pudełek.


- Nie! Znowu?! - dało się słyszeć rozdrażniony głos psa - Ilu tym razem?!


- Wystarczająco - odparł kot, a w jego oczach zdawało się, że przez chwilę błysnęła krwista czerwień. Naraz otwarły się wszystkie pudełka, z których wyłoniły się szare sierściuchy.


- Czego one takie zakurzone? - zmarszczyłam swój biedny, podrapany nosek, który lekko zaszczypał. Z chwilą, w której pazury czarnego wypłosza zanurzyły się w mojej twarzy, cały jego wredny gatunek stracił w moich oczach wszystko włącznie z szacunkiem.


- Bo nie żyją - wytłumaczył pies - Nie czujesz, jak capią?


- To na kij je tu przytaszczył?


- Dobre pytanie - odezwał się gość w garnku - Madara był zawsze trochę inny od reszty kotów.


- Wymyślił sobie zostać kocim nekromantą i znalazł jakiegoś wężowego mnicha czy kogoś, kto go tego nauczył. Chciał tym zaimponować naszej księżniczce, ale chyba nie trafił w jej gusta.


- Samice kompletnie zatraciły gust w tym świecie. Dlatego zamierzam przywrócić wszystko do rzeczywistości! - krzyknął koci nekromanta - Uprowadziłem więc waszą księżniczkę, która nie potrafiła się na mnie poznać!


- Dattebayo! - wyskoczył naprzód lisek.


- A temu co? - zapytałam, bo futrzak nagle przeszedł w tryb choinkowy nieźle dając światłem po oczach.


- Madara ma jego drugą połówkę - wytłumaczył facet w garnku.


- I będzie się o nią bił z tymi trupami? - pokazałam na upylone koty w pudełkach.


- No raczej - wykrzywił pysk pies - Proponuję im nie przeszkadzać.


- Racja - zgodził się facet - Chodźmy lepiej poszukać gdzie Madara ukrył księżniczkę.


Pies i gość w garnku ruszyli na poszukiwania, a ja niepewnie obejrzałam się za siebie. Lisek był jedynym futrzakiem, który mi nijak nie podpadł. Miałam nadzieję, że rozwali tego czarnego sierściucha. Problem w tym, że lisek nie wyglądał na szczególnie silnego, był za to absolutnie uroczy.


- Hej! Idziesz?! - usłyszałam krzyk, więc szybko odwróciłam wzrok od złocistego liska i dołączyłam do ekipy poszukiwawczej. Gdyby lisek miał sobie nie poradzić to chyba nie zostawiliby go samego na pastwę losu, prawda?


- Nie byłoby w sumie efektywniej się rozdzielić podczas szukania? - zasugerowałam, gdy trochę już przeszliśmy - W ten sposób szybciej przeczeszemy cały teren.


Pies skinął mi łbem.


- Racja. Jak ktoś coś znajdzie to daje głos i pozostali biegną w jego stronę!


Za zgodą wszystkich rozeszliśmy się w trzy strony wyspy. Ja w prawą stronę palmy, pies w lewą a facet w garnku w kierunku przeciwnym od palmy. Już po kilku krokach dostrzegłam przed sobą czarną, puszystą kulkę, wokół której kuliło się pięć mniejszych kulek. Nieporadnie rozkładały różowe łapki kotłując się przy brzuchu dużego kota.


- Ty masz małe… - zaczęłam, postępując krok naprzód, jednak coś trzasnęło mi pod butem. Ops…


- Mleko się wylało - usłyszałam wściekły głos i podniosłam głowę na kota, w którego ślepiach błysnęła czerwień.


❓❓❓


- Waaaaaaaaaah! - wrzasnąłem, wstając na równe nogi i rozejrzałem się wokoło. Coś tu było nie tak. Cholernie bardzo nie tak!

Komentarze

  1. Jeśli ktoś jest ciekaw wylosowanych przeze mnie wymagań, przez które w ogóle powstał ten twór, to proszę:

    Temat: płacz nad rozlanym mlekiem
    Postać: księżniczka w opresji
    Miejsce: bezludna wyspa
    Narracja: Narrator nierzetelny
    Gatunek: Komedia
    Liczba słów: równo 1500
    Zabronione słowo: jakby
    Wymagane słowo: goniec

    Wszystkie udało się spełnić, a że tekst ma literki składające się w zdania to chyba działa - dziękuję :I

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 2: Zdziczały Uchiha, formularz rejestracyjny i Konohamaru!

Prolog

Epilog