✧༺Rozdział I༻✧

Sasuke patrzył na stojącego naprzeciw niego, chudego chłopca, który ciskał piorunami z oczu zarówno na Uchihę, jak i na nowego pracodawcę Uchihy.


- Nie potrzebuję niańki! - krzyknął, tupiąc przy tym z furią nogą, jasnowłosy malec. Zachowywał się dokładnie jak przystało na rozpieszczone paniątko.


- Naruto, proszę cię...! Nie powinieneś mówić, żeby nie poruszać skórą na policz... - zaczął starszy blondyn, ale chłopak tylko zazgrzytał wściekłe zębami i wszedł mu w słowo.


- To nie przyprowadzaj mi tu niańki, bogowie! W ogóle te opatrunki są głupie, a tamto to był wypadek! Czego ty w tym nie rozumiesz?! Wy-pa-dek!


Naruto, nie przestając krzyczeć, zaczął zrywać przyklejone na obu policzkach gazy, na co jego ojciec już całkowicie wpadł w panikę. Sasuke obserwował to wszystko tylko wyżej i wyżej unosząc jedną z brwi. Odkąd weszli razem z Minato do pokoju jego syna, Sasuke jedynie utwierdzał się w niemiłym przekonaniu, że stanowisko faktycznie dotyczy pracy niańki - co jego przyszły podopieczny nie omieszkał co chwilę zaznaczać. Nastoletni książę naprawdę zachowywał się gorzej niż kilkuletnie dziecko. Sasuke liczył na to, że faktycznie przyjdzie mu kogoś chronić, a nie ganiać za rozwydrzonym książątkiem i wysłuchiwać jego płaczów.


- Sasuke - w końcu zwrócił się do niego, po serii próśb, gróźb i błagań, Minato - Możesz zostawić nas na chwilę samych?


Uchiha jedynie skinął głową i posłusznie wyszedł na korytarz, odprowadzany krzykami księcia, w których już chyba po raz setny przewinęło się, że ochroniarz ma stąd się wynieść i nie wracać. Młody Namikaze był naprawdę niezmordowany i potrafił naprawdę głośno krzyczeć.


Na korytarzu, kiedy już zamknął za sobą drzwi, Sasuke oparł się o ścianę i wbił wzrok w sufit. Też robota mu się trafiła...


Minato Namikaze był królem Królestwa Ognia i to właśnie on był zleceniodawcą, który przyszpilił go wczorajszego dnia w barze, szukając ochroniarza dla swego pierworodnego: księcia Naruto Namikaze.


Namikaze byli dość problematycznymi osobnikami: uzdolnieni magicznie, władali tą krainą niepodzielnie od pokoleń i sam dźwięk ich nazwiska rodowego budził respekt - nie byli oni w końcu byle kim. Może i magia nie była szczególnie rzadką cechą, lecz o Namikaze mawiano, że w żyłach ich płynie żywy ogień i w oczach ludu urośli oni do rangi legend. Nikt nie śmiał nawet pomyśleć o podniesieniu ręki na legendarnych Namikaze, darzono ich wręcz nabożną czcią. Widząc jednak zrywane przez młodego księcia opatrunki i znajdujące się pod nimi strupy zakrzepłej krwii, Sasuke szczerze powątpiewał w te powtarzane wszędzie historie. Ogień w żyłach... Ta, jasne. Obaj Namikaze, zarówno król, jak i książę, zdawali się być zbudowani jak każdy człowiek z krwi i kości.


Król i książę... Sasuke nadal ciężko było w to uwierzyć. Nie oczekiwał, że do Podziemi zapuści się sam monarcha i to tak sam dosłownie. Uchisze niby dane było zobaczyć kilka razy w życiu postać króla niknącą gdzieś w oddali na pałacowych balkonach bądź podczas wielobarwnych procesji ku czci bogów, jednak wizja samego władcy udającego się do ciemnej strony miasta w celu znalezienia opiekunki dla dziecka wydawała mu się tak absurdalna, że nawet nie próbował przywoływać we wspomnieniach obrazu panującego Namikaze. To dlatego wtedy w barze go nie rozpoznał, gdy jasnowłosy mężczyzna zsunął z głowy kaptur. Może do absurdu sytuacji swoje dodał jeszcze alkohol, jednak to absurd był głównym czynnikiem jego zamroczenia. A absurd ten wydarzył się w biały dzień: tak oto zaledwie wczoraj głowa królestwa we własnej osobie poświęciła kilka godzin na rozmowę z upitym ponad wszelkie miary przyzwoitości rzezimieszkiem z Podziemi. Co prawda rzezimieszkiem szczycącym się najlepszymi umiejętnościami spośród wszystkich ludzi w stolicy, ale nadal... To był zwyczajny absurd i tyle. Do takich rzeczy wysyła się ludzi, a nie udaje na wycieczkę zupełnie samemu i bez żadnej obstawy.


Skrzywił się, słysząc głośny trzask z komnaty obok. Młody Namikaze musiał czymś w furii rzucić o ścianę. Cóż... Chyba rozmowa z synem nie szła królowi zbyt dobrze.


- Nie! Nie, nie, nie i nie ma nawet mowy, tato! - otworzyły się naraz drzwi, uderzając z hukiem o ścianę, a Minato został z nich praktycznie wypchnięty - A ty - popatrzył z gniewem na Uchihę - stąd spadaj! Czego tu jeszcze sterczysz, co?! - fuknął wściekle, zatrzaskując po tym z furią drzwi.


Uchiha zerknął z konsternacją na masującego się po obolałych pośladkach władcę. Niepozorny Naruto miał niezłą krzepę, skoro tak urządził ojca.


- Czyli z mojej pracy tutaj nici - podsumował Uchiha. Całkiem było mu to na rękę. Mimo że Minato żarliwie zapewniał, że to praca ochroniarza, już po pierwszym spotkaniu swojego podopiecznego Sasuke mógłby rękę dać sobie uciąć, że całe dnie musiałby jedynie wysłuchiwać krzyków i obelg na zmianę z szukaniem uciekającego księcia. A Naruto ponoć często uciekał. Sasuke nie miał ochoty użerać się z dziećmi.


- Jakie tam nici! W żadnym razie żadne nici! Zatrudniam cię! - przypadł do niego Namikaze, ściskając Uchihę za dłonie - Naruto może być temu przeciwny, ale przyzwyczai się, zobaczysz! Poza tym to wszystko dla jego dobra! Jesteś najlepszy, a ja muszę chronić swojego syna!


Sasuke popatrzył w szklące się oczy króla i tylko westchnął. Był bezradny względem uporu tego człowieka.


- Co mu się tak właściwie stało w twarz? - zainteresował się, wyswobadzając ręce z uścisku władcy. Wcześniej nie dane było mu dojść do słowa przy jasnowłosym krzykaczu.


- Och, no wiesz... Słyszałeś chyba o Kushinie, prawda?


Sasuke skinął głową. Nie było chyba w całym królestwie osoby, która nie wiedziałaby o śmierci królowej. Według plotek król bardzo to przeżył, jednak patrząc na niego teraz wydawało się, że już się z tym pogodził. W końcu uśmiech nie schodził mu nawet na chwilę z twarzy... A przynajmniej nie schodził, dopóki nie wspomniał imienia żony.


- To było chyba trzy miesiące temu? - spytał, bo niezbyt wiedział czy król oczekuje od niego kondolencji czy może czegoś jeszcze innego. Niebieskie oczy roześmianego Namikaze zaczęły się niebezpiecznie świecić, a Sasuke zupełnie nie radził sobie z osobami płaczącymi. Miał nadzieję, że król mu się tutaj nie rozpłacze...


- Trzy miesiące i 27 dni - doprecyzował monarcha - Nadal nie mogę w to uwierzyć, ale jak widzisz staram się jakoś trzymać. Dla Naruto. On sobie bez niej kompletnie nie radzi...


- Um... przykro mi...? - bardziej zapytał niż stwierdził Uchiha. Sam był w żałobie i pragnął, by ktoś po prostu wymazał jego egzystencję ze świata, jednak Minato miał syna. Czego mógł pragnąć ktoś w sytuacji Uchihy, ale z dzieckiem? Sasuke nie mógł sobie tego nawet wyobrazić. To na pewno musiało być obciążające psychicznie musieć być silnym dla kogoś, kiedy spotyka cię coś tak bolesnego.


- Daruj sobie puste słowa - westchnął król, potrząsając głową i pozbywając się nieposłusznej łzy z kąta oka - Nasłuchałem się już tylu wyrazów współczucia, że wychodzą mi one bokiem!! ...z drugiej strony, jeśli bierze cię na litość względem owdowiałego monarchy, możesz po prostu bez marudzenia zgodzić się pracować tu jako ochroniarz!


Sasuke powstrzymał się od kolejnego głośnego westchnięcia. Co za chytry lis... Nastrój króla naprawdę zmieniał się jak w kalejdoskopie.


- Nie lepiej zatrudnić kogoś z Powierzchni? - zapytał, ale król tylko zbył go machnięciem ręką.


- Podobno jesteś najlepszy - wzruszył ramionami, uznając widać rozmowę za zakończoną. Naprawdę uparł się na Uchihę i koniem nie szło go odwieść od zatrudnienia tu czarnowłosego.


⇠ Poprzednia częśćNastępna część ⇢

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 2: Zdziczały Uchiha, formularz rejestracyjny i Konohamaru!

Prolog

Epilog